Pacjent globalny przychodzi do gabinetu, żeby powiedzieć „co mu się wydaje”. A wydaje mu się z reguły, że nie jest możliwe aby to wszystko co czyta w pismach poradnikowych było bzdurą. Pacjentowi globalnemu wydaje się, że wie wszystko lub bardzo wiele i przychodzi by zobaczyć takiego raroga jak my ( ja i mama), który to opiera się (prawie) wszystkim światowym trendom. Globalny nawet jeśli ma wysoką świadomości ekologiczną i nie kupi byle jakiej jarzynki, a jabłka tylko robaczywki bo obawia się wpływu pestycydów w trzecim pokoleniu po kądzieli, idzie do hipermarketu, Rossmanna, Sephory czy Douglas’a i wybiera gotowe, przemysłowe, okraszone chemią rozwiązanie z pięcioletnią gwarancją świeżości. Najlepiej cała linię tak aby wzajemnie się uzupełniały, otuliły jedną nutą zapachową, a logo na wacikach do demakijażu dobrze komponowało się w łazience. I nie widzi w tym nic zdrożnego! Żadnego dysonansu. Globalny pacjent idzie do gabinetu wykonać zabieg o jakim gdzieś czytał. Nie do końca pamięta dlaczego chciał go zrobić ale chce spróbować. Najlepiej sprzedają się te zabiegi, których cena po pierwszej fali marketingu globalnego niosącego najnowsze „cud” technologie spada zaglądając pod strzechy ludu. Musi być szybko, prosto, bezboleśnie, najnowocześniej no i efekt niekoniecznie wymagany.
Pacjent globalny przyparty do fotela nie wie dlaczego tak robi i po krótkiej analizie sam dochodzi do wniosku, że może nie zeżreją go wolne rodniki jeśli nie pójdzie ich unicestwić do najbliższego wypasionego gabinetu spa (za Krystyną Koftą w jakimś kobiecym programie).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz